Złodziejskie wybryki Flory


Okres świąteczny to dla nas mnóstwo przeżyć i odkrycie nowych zachowań Florki. Jej pożądanie jedzenia zmieniło się w (udane) polowanie, ale od początku.

Zacznijmy od tego, że od jakiegoś czasu więcej przebywam w Warszawie, co za tym idzie suki przeprowadziły się ze mną, mieszkają ze mną na górze, podczas gdy z dołu dochodzą zapachy gotowanego obiadu. Nieeee, nie znaczy to, że nie gotuję:))) Ale to, że tamtejsze zapachy są na pewno ciekawsze niż moje sałatki i inne wynalazki.
A zatem przed Wigilią pojechałyśmy z Nelą do Łodzi, pociągiem mogę zabrać tylko jednego psa (ale pracuję nad lepszym rozwiązaniem) dlatego w tym roku nie było kompletnie. Panna Flora została w Warszawie pod dobrą opieką, ale nauczyła się otwierać bramkę na górze i pierwszego dnia zjadła BOMBKĘ CZEKOLADOWĄ z wypełnieniem z choinki.... Na szczęście nic się nie stało, Flora nadal była głodna. Nadchodzi Wigilia, a Florka poczuła zapach pieczeni i w zamęcie przechodzenia przez górną bramkę, wpadła do kuchni i z uchylonego piekarnika wyciągnęła GORĄCY KARCZEK - ale taki porządny i wielki, poparzyła sobie nos, ale mięsa oddać nie chciała (w związku z tym na Sylwestrze miałyśmy smaczki dla piesków)... Oczywiście nastąpiły potem problemy gastryczne, a ciocia Agnieszka ma dywan z włosami....
Ale to jeszcze nic...
Święta to okres przyjmowania gości, zatem Florka bardzo chciała przywitać wuja rodziny, buzi buzi i do kuchni, skok na blat - tak tak, ten piesek nie ma sprawnej nóżki - i w ząbkach znalazła się .... POLĘDWICA ŁOSOSIOWA... (tego mi już nie powiedziano, żebym nie denerwowała się podczas świąt).

Przywiozłam oczywiście rodzinie hotelującej rudego stwora: karczek, schaba ze śliwką, pierogi...

I te pierogi były na blacie w kuchni - spakowane trzy woreczki w jednej reklamówce - znosimy bagaże na wyjazd do Suryt - wchodzę na górę, a tam...biegnie bezucha sucz na swoje posłanie z workiem w zębach, w woreczku PIERÓG, który szybko znalazł się w żołądku...kuchnia wyglądała jak po cateringowej wojnie, wszędzie pierogi - bo rudej wypadła reszta pierogów...ale tego nie zauważyła. A zatem szybka akcja wlewania wody utlenionej w gardło, ciocia Agnieszka w panice, bo zaraz jedziemy w trasę, a my tu wywołujemy wymioty...i okazuje się, że WODA NIE DZIAŁA. No nic, mówię: "nie działa" i pakujemy się dalej. Ale oczywiście DZIAŁA, bo po 5 minutach wszystko jest na chodniku....bo przecież nie na płytkach...

No to jedziemy na Warmię, głodna sucz, bo przecież opróżniłam jej wnętrzności, je wieczorem ryżyk...
Kolejne dni były całkiem spokojne, ale w Sylwestra, słyszymy jakieś KORNIKI u Ani w pokoju, okazało się, że mała otworzyła sobie pojemnik z karmą - szczelnie zamknięty.... - i zjadła ok. 1 kg karmy... brak wody utlenionej sprawia, że obserwujemy sucza i nie dajemy nic do picia...

Rano okazuje się, że wszystko w porządku, tylko Flor wydala więcej i częściej, przed wyjazdem odkurzamy, myjemy podłogi, a Florka chodzi sobie po salonie, wujek Przemek siedzi na kanapie przy swoich kanapkach, ale nagle idzie do swojego pokoju....odkurzając na górze pokoje, widzę wchodzącą Anię z pustym talerzem - patrzę wzrokiem pytającym: "po co chodzisz w pustym talerzem na górę???" i słyszę: "na kanapkach był ser pleśniowy i ogórek kiszony, tak gdyby były jakieś problemy gastryczne...".

O! I takie to atrakcje i zabawy w polowanie mam ostatnio prawie za free od Florki:)

PS
W Wawie jeszcze mamy swój pokoik...nadal nas nie wyrzucili...



Komentarze

  1. zaradny pies ! sam sie wyżywi, a reszta to tylko efekt ograniczania go i tego, że musi pożerać w pośpiechu ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rzecz o posokowcach - problemach i najpiękniejszych wspólnych dniach

Las SENIORitas - o psim dojrzewaniu

MOC przywołania!